Albo federacja albo rozpad.

Drukuj

Unia, jeśli chce przełamać obecny kryzys, musi „uciec do przodu”. Czyli: musi zbudować rzeczywistą federację

Tylko geniusz lub ignorant jest dziś w stanie z dużą dozą pewności przewidzieć, co się będzie dalej działo z Europą. Przewidywanie przyszłości i futurologia to dziedzina podejmowana przez naiwnych, których prognozy zwykle się nie sprawdzają. Postaram się więc w tym krótkim tekście wskazać raczej na możliwe kierunki zmian i ich konsekwencje niż poważyć się na kreślenie pewnej przyszłości.

Unia Europejska znalazła się dziś w szczególnym kryzysie z powodów błędów w systemie zarządzania tą instytucją. Wspólnota stała się hybrydą, w której państwa nie mogą samodzielnie prowadzić skutecznej polityki gospodarczej na poziomie narodowym. Niemożliwym jest także skuteczne zarządzanie ekonomiczne Europą z poziomu Brukseli.

Państwa europejskie nie traktowały zawieranych pomiędzy sobą traktatów poważnie. Pakt na Rzecz Stabilizacji i Wzrostu, czyli mechanizm, który miał umożliwić funkcjonowanie strefy euro bez prawdziwego paneuropejskiego rządu ekonomicznego, pozostał tylko pustą, papierową deklaracją. Łamali go wszyscy: od Niemiec i Francji, po tragiczną dziś Grecję.

Jednocześnie w tej skomplikowanej układance systemowej zagubiła się gdzieś zależność decydentów od wyborców. Deficyt demokracji powoduje, że zaczyna brakować naturalnego filtru, który rozładowuje społeczne frustracje. Bo kto dziś faktycznie rządzi Unią?

Ostatnie wybory w Grecji i Francji obaliły mit, że jest to kanclerz Angela Merkel, która również wobec tego systemu okazuje się bezradna. Konsekwencje tej sytuacji są bardzo poważne. Po pierwsze, pogłębiają skutki kryzysu ekonomicznego, szczególnie bolesnego dla państw Południa.

Po drugie, i co długofalowo ważniejsze, z powodu błędów w systemie i nie przestrzegania zobowiązań zanika duch europejski. Całe społeczeństwa zaczynają odwracać się od idei integracji. To grozi najgorszymi konsekwencjami i może wystawić na próbę projekt otwartej, zgodnej i pokojowej Europy, jaką znamy.

Wniosek z tej sytuacji jest jeden: obecny system trzeba zmienić. Teoretycznie elity europejskie mają tę świadomość. Jednak od lat problem polega na braku wysokiej jakości przywództwa wśród europejskich polityków i unijnych biurokratów. Potrzebne zmiany wymagają odważnych wizjonerów, a dziś Europą rządzi klasa biurokratycznych administratorów.

Drugim problemem jest stan europejskiej opinii publicznej, która jest bardzo niechętna dalszej integracji. Wydaje się, że mamy do czynienia z dramatycznym rozdźwiękiem pomiędzy tym, co konieczne, a tym, co politycznie możliwe. Jakie zatem zmiany wydają się niezbędne?

Pierwsza droga, której osobiście kibicuję, to klasyczna „ucieczka do przodu”: federacja. Stworzenie paneuropejskiego, prawdziwego rządu ekonomicznego, wybieranego w demokratycznych wyborach przez wszystkich Europejczyków. To rozwiązanie, które wreszcie spowodowałoby, że Europa stałaby się organizmem, którym można skutecznie zarządzać.

To też przywróciłoby prawdziwą demokratyczną kontrolę obywateli nad rządem, który decyduje o ich przyszłości. Mogłoby również odwrócić antyeuropejskie nastroje społeczne; Europejczycy wprost decydowaliby o swojej przyszłości.

Co więcej, stworzyłoby wreszcie rzeczywistą, europejską opinię publiczną. Przestałaby również istnieć ryzykowna konstrukcja unii walutowej bez prawdziwej unii ekonomicznej. Odpowiedzialny ekonomiczny rząd europejski w teorii nigdy nie dopuściłby do takiej sytuacji, jaka ma miejsce w Grecji; przestrzegałby dyscypliny w prowadzeniu finansów publicznych.

Druga droga to „odwrót” i zlikwidowanie tych unijnych mechanizmów, które pogłębiają dziś problemy związane z kryzysem. Czyli kontrolowana likwidacja strefy euro i powrót do zasady, że rządy narodowe zasadniczo decydują o swojej polityce ekonomicznej.

Zwolennicy tej tezy twierdzą, że Unia musi być oparta na mechanizmach, które w każdej sytuacji są korzystne dla wszystkich państw. W warunkach kryzysu niemożność wsparcia wychodzenia z trudnej sytuacji ekonomicznej poprzez korektę kursu walutowego skazuje państwa, które wpadły w szczególne tarapaty, na jeszcze głębszą degradację gospodarczą i społeczną.

Dyskusyjne jest, czy owa teza jest prawdziwa. Jednak niewątpliwie zlikwidowałaby szkodliwe napięcie, jakie powoduje funkcjonowanie unii walutowej. Unii, której pomyślność zależy faktycznie tylko od racjonalizmu rządów narodowych, a ten, jak dziś widać, zawiódł.

Czy niezbędne stanie się możliwe? Czy federacja jest w ogóle możliwa? Czy politycy europejscy będą w stanie podjąć wyzwanie zmiany systemu i zapalić do tego pomysłu opinię publiczną? Czy raczej jest to zadanie politycznie zupełnie niemożliwe do przeprowadzenia?

Co więcej, czy utworzenie federacji nie oznacza radykalnego podziału na Europę dwóch prędkości, z wielką dominacją grupy, która zdecyduje się na integrację i postępującą marginalizacją reszty? Czy będziemy jednak wówczas mogli nadal mówić o Wspólnej Europie?

Federacja wydaje się dobrym pomysłem tylko wtedy, gdy będzie projektem paneuropejskim, a nie tylko „inicjatywą najmądrzejszych”. Jeśli mówimy o drugim scenariuszu, to czy politycy będą mieli odwagę rozwiązać strefę euro? Kto wziąłby na siebie polityczną i historyczną łatkę „grabarza” integracji?

Inercję trzeba przełamać. Największym bowiem ryzykiem jest trwanie obecnego błędnego systemu. Unia Europejska nie załamie się przez bankructwo i wyjście Grecji ze strefy euro. Może się jednak załamać, jeśli system, który pozwolił na doprowadzenie do takiej sytuacji w Grecji, dalej będzie działał i zagrażał kolejnym państwom.

Co więcej, ten system jest podwójnie ryzykowny, ponieważ generuje konflikt pomiędzy społeczeństwami i narodami. Grecy uważają, że są krzywdzeni przez Brukselę i Berlin. Niemcy uważają, że są oszukiwani przez nieodpowiedzialnych Ateńczyków.

Ta sytuacja nakręca spiralę niechęci pomiędzy narodami; daje poczucie, że Unia jest niesprawiedliwa, co może doprowadzić do katastrofy. Może to zmienić albo paneuropejska demokracja, albo poczucie każdego narodu, że zła sytuacja jest efektem równie złej polityki rodzimego rządu, a nie „onych” z Brukseli, Paryża, Aten czy Berlina.

Niemożliwe musi zatem stać się możliwe. Nie chcemy wiedzieć, co może się stać, jeśli Europejczycy pozostaną bierni. Wspólna, otwarta i pokojowa Europa to naprawdę zbyt wielka wartość.

Tekst ukazał się na portalu Instytutu Obywatelskiego: http://www.instytutobywatelski.pl/6909/komentarze/albo-federacja-albo-rozpad.

UE
http://pl.wikipedia.org/wiki/Unia_Europejska
Czytaj również