Czy prof. Balcerowicz nie ma racji?

Drukuj

Prof. Leszek Balcerowicz jest chyba dla mnie największym autorytetem z osób wciąż aktywnych na naszej scenie publicznej. Sądzę jednak, że w swojej ocenie sytuacji firm budowlanych, które wpadłby w tarapaty przy okazji inwestycji dotyczących Euro 2012 pomija ważną rolę państwa, które w tym przypadku, błędnie ustaliło reguły gry.

Mam na myśli wypowiedź Profesora dla Radia Tok.fm. Prof. Balcerowicz słuszne zauważa, że za swoje czyny należy ponosić odpowiedzialność i że należałoby zapytać, dlaczego dyrekcje tych firm zawierały takie kontrakty. Banalną jest odpowiedź, że biorąc pod uwagę ich skutki, nie powinny ich zawierać. Zostały podjęte błędne decyzje, prawdopodobnie tragiczne dla stabilności finansowej i przyszłości tych firm. Sprawa jednak nie jest moim zdaniem czarno – biała i tak prosta w interpretacji. Rynek budowalny w Polsce, a już szczególnie firmy specjalizujące się w budowie dróg czy autostrad są skazane w znaczącym stopniu na kooperację z instytucjami publicznymi, które są kluczowym zleceniodawcą na tym rynku. Oczywiście można powiedzieć, że jeśli państwo oferuje nieatrakcyjne czy nierealistyczne kontrakty należy ich nie podejmować. Z drugiej strony takie podejście firmy często skazuje ją po prostu na wypadnięcie z rynku. Podkreślam to państwo jest kluczowym zleceniodawcą szczególnie dla firm budujących drogi. Tymczasem jak donoszą media kontrakty, o których mówimy, zawierane na wiele miesięcy, nie uwzględniały wahań cen na rynku surowców potrzebnych do realizacji inwestycji. To jest ponoć główną przyczyną problemów firm realizujących inwestycje. Czy to nie błąd państwa? Wydaje się, że celem państwa powinno być jak najracjonalniejsze wykonanie inwestycji, ale równocześnie zachowanie przy życiu firm, które zatrudniają wiele osób i kreują wzrost gospodarczy.

Do tego, trochę na boku tej konkretnej sytuacji, należy wspomnieć o źle skonstruowanych w Polsce przepisach dotyczących przetargów publicznych. Od lat wielu ekspertów podkreśla, że ich konstrukcja, które de facto polega na tym, że zawsze wygrywa firma, która oferuje ofertę po prostu najtańszą jest fatalna w skutkach. Firmy uczestnicząc w przetargach czy konkursach maksymalnie obniżają koszty inwestycji, aby wygrać konkurs. Problem polega na tym, że potem realizują inwestycje rzeczywiście najtaniej jak się da, używając najgorszych materiałów. Często okazuje się, podczas prac, że za takie pieniądze inwestycji zrealizować się po prostu nie da. Wtedy następuje albo renegocjacja kontraktu (nieuczciwa w teorii wobec innych firm, które brały udział w konkursie) albo przerwanie inwestycji, firma płaci kary umowne i wpada w tarapaty, a budowa nie zostaje ukończona. Czy firmy powinny oferować tak ryzykowne dla nich i nierealistyczne ceny? Oczywiście, że nie. Można, więc powiedzieć, że same są sobie winne. Trzeba jednak pamiętać, że to państwo tworzy przepisy o przetargach, które umożliwiają taką patologię, która okazuje się niebezpieczna i dla interesu państwa i dla interesu firm. Przetargi powinny uwzględniać w rzeczywistości nie tylko cenę, ale również jakość wykonawstwa, potencjał a także doświadczenie firmy itp. Decydenci nie powinni być terroryzowani jedynie przez kryterium ceny i takie nastawienie opinii publicznej.

Patologie w funkcjonowaniu kapitalizmu pojawią się zwykle na styku działalności państwa i rynku. Tak też się stało w przypadku firm realizujących inwestycje na euro. Wydaje mi się, że warto spojrzeć na ten problem szerzej i wyciągnąć wnioski systemowe.

fot. wikipedia.org (Lestat (Jan Mehlich), Creative Commons
Czytaj również
  • Sebastian

    Profesor wypowiedział się na ten temat trochę szerzej w Faktach po Faktach w rozmowie z Justyną Pochanke.