Młodzi – najwyższy czas się obudzić.

Drukuj

Polskie życie społeczno – polityczne jest pełne sytuacji kuriozalnych. Przez cztery lata swojej pierwszej kadencji Donald Tusk nie uczynił w zasadzie nic (w zasadzie, bo należy pamiętać o zniesieniu poboru i likwidacji części przywilejów przedemerytalnych) dla pokolenia ludzi młodych. Pomimo to przez cały ten okres cieszył się znaczącym poparciem tej grupy społecznej. Premier rozpoczął drugą kadencję od zapowiedzi niezwykle ważnych zmian, które długofalowo leżą w fundamentalnym interesie właśnie pokolenia dzisiejszych 20sto i 30stolatków. I równolegle spotkał się z największą w historii III RP mobilizacją młodego pokolenia przeciw władzy. Jeśli nastroje antyrządowe po sprawie ACTA sprawią, że reforma emerytalna wyląduje w koszu, będzie to najbardziej spektakularny samobój, jaki można by sobie wyobrazić w wykonaniu młodych ludzi.

Nie jestem specjalnym miłośnikiem premiera Donalda Tuska. Przez kilka pierwszych lat mojego działania w sferze publicznej pracowałem na rzecz odbudowy upadającej po odejściu Tuska i spółki Unii Wolności. Konsekwentnie krytykowałem na łamach Liberté! w poprzedniej kadencji politykę rządu, którego wizja małej stabilizacji, polityki tu i teraz, pozbawiała Polski wielkiej szansy rozwojowej i generowała problemy na przyszłość. Bardzo nie podoba mi się styl przywództwa Donalda Tuska, który polega na konsekwentnym pozbywaniu się tych współpracowników, którzy mają własne zdanie. Ale dziś sytuacja zmieniła się w zasadniczym punkcie. To premier walczy teraz o najważniejszą cywilizacyjnie reformę, jaką należy przeprowadzić w naszym kraju, czyli wydłużenie wieku emerytalnego. Reformę, która być może jest zbyt łagodna, rozłożona na zbyt wiele lat. Ale jest niezbędna, jeśli chcemy zachować system emerytalny, dzięki któremu ludzie będą w stanie przeżyć w okresie prawdziwej starości oraz skalę opodatkowania, która będzie do zniesienia mojego pokolenia 20sto i 30stolatków.

Co się zmieniło od czasów Bismarcka?

Pierwszy system emerytalny wprowadził w życie jeszcze w XIX wieku Otto von Bismarck. Jego celem było wsparcie dla osób w bardzo podeszłym wieku, którzy nie byli już w stanie pracować. Wiązało się to efektami rewolucji przemysłowej i odejścia od tradycyjnego wielopokoleniowego modelu rodziny. Należy pamiętać, że przy ówczesnej długości życia człowieka i jakości służby zdrowia okres pozostawania na emeryturze był średnio bardzo krótki. Wynosił zaledwie kilka lat. Jednocześnie przełom XIX i XX wieku to okres boomu demograficznego. Liczba osób pracujących z dziesięciolecia na dziesięciolecie w ekspresowym tempie rosła. Pracujących, którzy część swoich dochodów zgodnie z ideą Bismarcka przekazywała na rzecz nielicznych starców pozostających na zasłużonej emeryturze. Ten system solidarności społecznej miał konstrukcję piramidy. Był skuteczny tak długo, gdy liczba pracujących znacznie przewyższała liczbę osób pozostających na emeryturze. Na początku XXI wieku sytuacja diametralnie się zmieniła. Dzięki osiągnieciom medycyny długość życia znacząco wzrosła. Statystyczny obywatel Polski czy Europy żyje dłużej, również dłużej pozostaje w dobrej formie fizycznej. W efekcie na emeryturę w ostatnich latach przechodziły masowo osoby pięćdziesięciokilku lub sześćdziesięcioletnie ciągle na tyle sprawne fizycznie i mentalnie by wykonywać większość zawodów. Emerytura przestała być jedynie wsparciem dla starców. Jednocześnie na emeryturze ludzie, dzięki rozwojowi medycyny pozostają dziś statystycznie znacząco dłużej niż kiedyś, bo: 15, 20, 25, 30 lat. Zjawisko w najbliższych latach wyostrzy się poprzez niezwykle groźny w skutkach trend niżu demograficznego. Kiedyś na jednego emeryta pracowało kilka osób. Dziś szacuje się, że jest to proporcja 1 emeryt do 4 osób pracujących[1]. Eksperci prognozują, że za 20 – 30 lat będzie to proporcja 1 do 2. Oznacza to prostą rzecz: albo emerytury będą za 20 lat o połowę mniej warte niż dziś, albo każdy pracujący będzie płacił dwa razy większy ZUS. Tutaj odsyłam każdego czytelnika do swojego „paska” z zarobkami, aby zobaczył ile już dziś środków z jego pensji przesyłanych jest na fundusz emerytalny w ZUS właśnie. Podwyżka ZUS dla młodych ludzi (i dla wszystkich pracujących) oznacza, że będą zarabiać o kolejne mniej więcej ¼ mniej. Nie muszę chyba mówić jak wpłynie to na i tak tragicznie niską chęć posiadania dzieci. Nie mówiąc już o posiadaniu dwójki lub trójki potomków, co zapewniłoby zastępowalność pokoleń. Alternatywą jest obniżenie emerytur o połowę, ale każdy, kto ma w rodzinie samotną babcię lub dziadka wie, że de facto oznacza to dla nich niemożność przetrwania. Sytuacji nie ratują również tzw. indywidualne konta każdego ubezpieczonego w ZUS. Środki, które wpłacamy do ZUS są od razu wydawane przecież na sfinansowanie bieżących emerytur. W efekcie na kontach w ZUS mamy jedynie zapisy księgowe. Aby te zapisy księgowe przełożyły się na wypłatę naszych emerytur za trzydzieści lat musi istnieć odpowiednia liczba osób wówczas pracujących i wpłacających wystarczające kwoty do ZUS. Cudów nie ma.

Podwyższenie wieku emerytalnego wydaje się więc być najlepszą alternatywą dla zapobieżenia tej niezwykle negatywnej tendencji demograficznej. Osobiście wolę naprawdę pracować kilka lat dłużej, nawet martwiąc się o etat, będąc zmuszonym do przekwalifikowania się i zmiany pracy, ale mieć zapewnione minimum przetrwania na prawdziwą starość. Również chciałbym, aby skala podatkowa (czyli płatności na ZUS) pozwoliła mi na w miarę godne życie i możliwość utrzymania dwójki dzieci, kiedy się na nie zdecyduję.

Praca nie jest złem.

W komunizmie przyjęło się traktować pracę jako formę opresji, od której należy uciec tak szybko jak to możliwe. To smutne dziedzictwo wypaczyło postrzeganie sposobu organizowania życia, a także zjawisk społeczno – ekonomicznych przez naszych dziadków. Wydaje się jednak, że ten sposób myślenia nie jest już dominujący wśród pokoleń, które swoją aktywność zawodową prowadzą lub rozpoczynają w nowej Polsce. Te pokolenia auto definiują się przez pracę, to ona nadaje sens ich życia i funkcjonowania. Oczywiście problemem jest brak pracy, zjawisko bezrobocia czy strach przed jej utratą. Ale nie obowiązek jej wykonywania! Pokolenia III RP są od pracy uzależnione. Jestem przekonany, że dla większości osób z tych pokoleń dzień przejścia na emeryturę będzie swoistym końcem świata. Co innego mówić „kiedyś chcę odpocząć na emeryturze”, a co innego podjąć tę decyzję. Co oznacza to dla społecznego życia większości osób, które nie będą emerytami – milionerami? Pustkę, siedzenie w domu, telewizor, ograniczone kontakty z innymi ludźmi, autoizolację. Co szczęśliwsi będą mogli liczyć na posiadanie działki i możliwość pracy na niej (pracy, uwaga pracy!). Praca uspołecznia, wyrywa z apatii, buduje kontakty, angażuje, zmusza do wysiłku. Jarosław Makowski z Instytutu Obywatelskiego przywołuje dane, które pokazują, że praca do późnych lat zmniejsza podatność na choroby i poprawia jakość życia.[2]

Dlatego bardzo martwi mnie, że ton w dyskusji o reformie emerytalnej nadają najstarsi, którzy w ciągu kilku lat przejdą na emeryturę. Dlaczego jest to zjawisko tak negatywne? Po pierwsze ta reforma rozłożona na lata najmniej ich dotyczy. Długość ich pracy nie zostanie znacząco przedłużona. Po drugie to nie oni będą musieli płacić znacznie zwiększone podatki w przypadku zaniechania tej reformy za lat dziesięć czy dwadzieścia. Po trzecie to nie ich emerytury będą tak znacząco niższe jak pokolenie dzisiejszych 30latków. To również pokolenie, na którym największe piętno odcisnęła mentalność niechęci do pracy, oni najdłużej funkcjonowali jeszcze w poprzednim systemie. Mentalność obca pokoleniom wychowanym w III RP. Tymczasem to właśnie osoby z tego najstarszego pracującego pokolenia, silnie umocowane np. w związkach zawodowych, najsilniej protestują przeciw zmianom. Młodzi, dla których ten temat jest fundamentalny, ale jednocześnie odległy (który 28ośmiolatek myśli o emeryturze, czy podatkach za 10 lat – ważniejsze jest przecież aktualne prawo do ścigania z netu darmowego filmu…) nie wyrażają masowo swojego zdania. Co więcej agresywnie atakując rząd w sprawie ACTA, rząd który wreszcie podjął się kluczowego dla kraju projektu reformy emerytalnej, efektownie, grupowo strzelają sobie w nogę. Najwyższy czas się obudzić.

foto:by nc nd Pim Rupert dzięki flickr.com

[1] http://rzecznikzus.blog.onet.pl/, Zbigniew Derdziuk, O emeryturze, solidarności i wyborach życiowych, artykuł z czerwca roku 2011.

[2] http://wyborcza.pl/1,75515,11219762,To_reforma_jest_dla_ludzi.html

Czytaj również
  • http://n/a Andrzej Midak

    Przeczytalem Panski artykul w kindlowym wydaniu Gazety, bardzo mi sie spodobal ale jednoczesnie sprowokowal do napisania tych kilku zdan. Zaglebiajac sie lekture zaczalem utwierdzac sie w przekonaniu, ze stara sie Pan zantagonizowac pokolenia czy genaracje zyjace w dzisiejszej Polsce zarzucajac mlodemu pokoleniu brak energii w dyskusji nad projektem nowego systemu a jednoczesnie przypisujac temu „starszemu” , odchodzacemu czy tez szykujacemu sie do emerytury, nadmierna aktywnosc. To stare pokolenie, zdaniem Pana, ma odcisniete pietno „mentalnej niecheci do pracy” wyniesionej z czasow komuny…a zabiera najdonosniej glos mimo iz praktycznie nie odczuje konsekwencji zawartych w tej reformie zmian. Chyba troche Pan przesadzil w tym stwierdzeniu…
    Wydluzenie wieku emerytalnego nie jest „aktem sprawiedliwosci dziejowej” towarzyszacej wydluzonemu pozyciu polskiego plemienia na tym padole a raczej „aktem” troski obecnej wladzy o zbilansowanie przyszlych budzetow panstwa – chwala mu za ta perspektywe myslenia ale chyba zbyt radykalnie jest to pomyslane..Dlaczego, w dobie umilowania dla totalnego liberalizmu nie zlikwidowac kompletnie „podatku emerytalnego” ( skladki zusowskiej) i pozwolic „uswiadomionym pracownikom” dbac o TO im samym jak to jest robione z powodzeniem w innych krajach – indywidualne konta oszczednosciowe, zwolniane od biezacego podatku dochodowego, „grajace” na rynku pienieznym…
    Chyba lepiej edukowac ludzi niz antagonizowac…
    pozdrawiam
    A.Midak