O ACTA inaczej.

Drukuj

Wydaje się, że lament w sprawie ACTA przybrał karykaturalne rozmiary. Dyskusja o ważnej umowie staje się niezwykle jednostronna, często oderwana od faktów. Zapominamy w niej czemu ta umowa miałaby w ogóle służyć. Proces ten pokazuje jak łatwo organizacje pozarządowe, dziennikarze i elity wypowiadają się o czymś, o czym nie mają pojęcia. Warto, aby polski rząd mimo podjęcia decyzji o podpisaniu umowy, w obliczu kontrowersji w przejrzysty sposób wyjaśnił o co chodzi. Debata na ten temat powinna zostać sprowadzona na racjonalne tory. ACTA to temat bardzo skomplikowany. Prawnicy i rząd powinni jasno wytłumaczyć społeczeństwu jego zawiłości, pokazać, że ACTA to nie przysłowiowy orwellowski Wielki Brat wymyślony przez Mao na spółkę Himmlerem.
Spisek korporacji czy walka z kradzieżą?
Czy ACTA to umowa wymierzona w obywateli i skrajnie dla nich szkodliwa? Nie jestem prawnikiem, ale wszelkie fakty jakie analizowałem wskazują, że nie. Sądzę również, że wiele wypowiedzi jest znacząco przejaskrawionych. Do tego formułowanych przez osoby, które ekspertami w tej trudnej dziedzinie po prostu nie są. Mamy ogromny chaos, tworzenie atmosfery zagrożenia bez rzeczowej dyskusji. Zacznijmy jednak od początku czyli pytania skąd pomysł, aby pracować nad problemami, które reguluje ACTA? Wydaje się, że gdzieś w debacie nam to umknęło. W dyskursie można odnieść wrażanie, że umowa ma na celu zniewolenie wolnych obywateli Internetu przez spisek polityków i korporacji. To świetny przykład wykorzystywania socjotechniki dla manipulowania odbiorcą. Tysiące Internautów zawzięcie broni zagrożonej „wolności słowa” i „wolności Internetu” (Choć o co chodzi de facto w ACTA rozumie zapewne ułamek procenta dyskutantów. Pytałem wiele osób udostępniających na facebooku zdjęcia „Stop ACTA” na czym polega owo zagrożenie dla wolności słowa? Prawie nikt nie potrafił odpowiedzieć). Tymczasem ACTA jest umową, która ma pomóc chronić w wymiarze międzynarodowym prawo własności. ACTA nie jest „złem wcielonym” tylko próbą walki z nagminnym okradaniem firm i twórców poprzez nielegalne kopiowanie wytworów ich pracy i umysłu. Ma zapobiec sytuacji, w której np. jedna firma latami inwestuje miliardy euro w wynalezienie nowej generacji leku. Inwestuje w postęp technologiczny i poprawę zdrowia tysięcy chorych. Tymczasem po wypuszczeniu leku na rynek konkurencja bez ponoszenia żadnych kosztów na badania momentalnie nielegalnie go kopiuje i sprzedaje taniej. Przecież nie poniosła żadnych kosztów na badania, może sobie na to pozwolić. To obniża chęć firm do inwestowania w badania i rozwój, przecież łatwiej i taniej jest nielegalnie kopiować towary. Za ich wymyślenie zapłaci kto inny, nie będziemy ryzykować takich inwestycji. W efekcie opóźnia się nasz rozwój technologiczny, a w tej branży możliwość wynalezienia sposobów leczenia kolejnych groźnych chorób. ACTA ma przyczynić się do rozprzestrzenienia zachodnich standardów ochrony własności na inne rejony świata, tak aby łatwiej we współpracy międzynarodowej było zwalczać takie przypadki. Wyjaśniajmy może więc intencje wprowadzenia umowy, nawet jeśli konkretne zapisy mogą wydawać się nam kontrowersyjne. Intencje umowy wydają się być słuszne, chyba że ktoś podważa istotę prawa własności (znamy to z Marksa).
Oczywiście wyjaśnienie słusznych intencji nie sprawia, że dylemat związany z ACTA, który pojawił się w debacie jest prosty, szczególnie dla liberała. Naprzeciwko siebie stanęły w dyskursie o tej umowie dwie liberalne wartości: ochrona obywatela przed nieuzasadnioną inwigilacją i domniemanie niewinności (bo problemem w interpretacji ACTA nie jest wolność słowa tylko potencjalna inwigilacja i zasada domniemania niewinności obywatela) kontra poszanowanie dla praw własności. Na obu tych zasadach zbudowaliśmy nasz demokratyczno – kapitalistyczny zachodni system wartości i system prawa. Era Internetu (niezależnie od ACTA) spowodowała, że nagle te wartości niezwykle drastycznie stanęły w sprzeczności do siebie. Wydaje się, że ochrona praw własności narusza obronę przed inwigilacją i vice versa obrona przed inwigilacją prowadzi do naruszania praw własności. Czy istnieje proste rozwiązanie? Nie. Pomysł, w którym dostarczyciele usług internetowych mieliby prewencyjne prawo wyłączenia komuś dostępu do swoich usług bez udowodnienia winy jest sprzeczny z zasadą państwa prawa, w którym żyjemy. Problem polega na tym, że według znanych mi interpretacji ACTA tego nie proponuje…
Co więcej większość komentatorów nie dostrzega, że za jednym i drugim stanowiskiem stoi potężne lobby korporacji. Nie tylko za ACTA (przemysł fonograficzny, wydawcy). Błędem i nadużyciem jest stwierdzenie, że za ACTA stoi wielki biznes – a przeciw są prodemokratyczni obywatele. ACTA uderza w żywotne interesy ogromnej grupy wielkich przedsiębiorstw internetowych, które pozwalają na swoich serwerach na udostępnianie przez użytkowników muzyki, filmów i innych wytworów objętych prawem własności intelektualnej. Firmy te zarabiają kosmiczne kwoty generując wielki ruch internautów (którzy udostępniają innym legalne albo często skradzione treści) i dzięki temu sprzedają masowo reklamy. Czyli zarabiają dzięki temu, że przymykają oczy na kradzież, która odbywa się w zależnej od nich przestrzeni. Firmy te jednocześnie nie dają nic tym, którzy owe dobra wytworzyli. Posłużę się prostą metaforą, nieco przypominającą tę sytuację – jeśli na imprezie u mnie w domu jeden z gości okradnie drugiego, to jest mi przykro, ale jeśli ponoszę winę to bardzo pośrednio. Moralność nakazywałaby dowiedzieć się kto to zrobił i przynajmniej takiej osoby więcej nie zapraszać. Problem pojawia się, gdy okazuje się, że sam zachęcam kieszonkowców do bywania na moich imprezach, co więcej, na tym że część moich gości okrada innych, zaczynam pośrednio zarabiać. Czy taki biznes jest w porządku? Nie jest. Dlaczego więc nie piętnujemy tego procederu, a dla odmiany atakujemy tych którzy domagają się zapłaty za swoją ciężką pracę? Do tego paradoksalnie czynimy to pod hasłem „walki z system”. Dokonano na nas manipulacji. ACTA ma skłonić serwisy internetowe do większej dbałości o to, co publikują na nich ich użytkownicy. Z resztą serwisy już dziś powinny to czynić. Pytanie do prawników brzmi co w praktyce będzie oznaczała ta dbałość po podpisaniu ACTA. Rząd powinien to jasno przedstawić. Oczywiście trzeba sprawić, aby ewentualne sankcje w stosunku do winy były proporcjonalne. A prewencyjnych sankcji wobec użytkowników należy unikać, bo są niezgodne z domniemaniem niewinności.

Jak era cyfrowa zmienia nasz system wartości?
Debata o ACTA jest potrzeba również po to, by lepiej przyjrzeć się systemowi wartości jaki wykształciła w nas era cyfrowa. To szersze zjawisko socjologiczne, które dziś widoczne jest szczególnie jaskrawie. Funkcjonowanie w środowisku Internetu powoduje u nas przyzwolenie na zachowania, których większość z nas nigdy nie popełniłaby w realnym świecie. Jestem przekonany, że większość z moich czytelników nigdy nie wyniosła pod kurtką ze sklepu oryginalnej płyty CD. Większość z nas uważa, że to kradzież i jako osoba na pewnym poziomie nigdy tego nie uczyni. Kiedy włączamy komputer wszystko się zmienia. Teraz zapewne większość z moich czytelników raz, dwa razy, może sto razy w życiu „ściągnęła” sobie nielegalnie umieszczoną w sieci płytę. Mało kto ma z tego powodu wyrzuty sumienia. Ale przecież ten czyn nie różni się niczym od wyniesienia oryginalnej płyty ze sklepu. To taka sama kradzież. Moi liczni znajomi wówczas tłumaczą się tak samo: „gdyby koncerny sprzedawały płyty taniej to bym kupił – a tak mnie nie stać”. Tylko, że jak kogoś nie stać na telewizor plazmowy albo porsche to nie oznacza, że ma prawo go ukraść. Nasz system wartości staje się bardzo niespójny i niekonsekwentny. Ludzie tracą gdzieś świadomość, że świat wirtualny jest tak samo realny, jak ten który znamy po wyłączeniu ekranu komputera. Dlaczego w nim miałyby obowiązywać inne zasady?

Zagrożenie permanentnej inwigilacji.
Największym dyskutowanym, potencjalnym zagrożeniem jaki miałoby nieść w sobie ACTA to inwigilacja działań internauty. Osobiście źle się czuję gdy wiem, że ktoś ma dokładne dane o tym z kim się komunikuję przez Internet, gdzie bywam itd. To narusza moją prywatność. To tutaj może występować napięcie pomiędzy liberalną ochroną prawa własności, a liberalną ochroną prywatności obywatela. Problem polega niestety na tym, że wszystkie nasze działania w sieci i tak są przecież rejestrowane (czy nikt nie oglądał Wroga Publicznego, nakręcony został w 1998 roku!). Dostawca Internetu przecież dokładnie wie na jakich stronach bywasz. Słynna dyrektywa Unii Europejskiej o retencji danych, zmuszająca operatorów do przechowywania bilingów i danych o aktywności użytkownika przez dwa lata na użytek organów ścigania, jest przykładem pełnej inwigilacji, której jesteśmy poddawani. W tej sprawie odbywały się słuszne protesty, ale nic one nie dały. Służby w Polsce praktycznie w każdej sytuacji mogą mieć dostęp do prywatnych danych każdego obywatela. Czy ACTA pogarszają sytuację? Znów powtórzę, że nie jestem prawnikiem, ale z tych poważnych interpretacji jakie czytałem nie pogarsza. Dlaczego zatem walczymy z ACTA, które ma chronić prawa własności, a nie ze stricte represyjną ustawą o retencji danych?

To spór o model ekonomiczny ery cyfrowej.
Tak naprawdę spór o ACTA nie do końca jest wojną o tę umowę (przecież prawie nikt zapisów tej umowy do końca nie rozumiał). Czy więc powyżej opisane dylematy mają znaczenie? I tak i nie. Nie, bo rację ma Michał Boni stwierdzając, że ACTA nic nie zmieni w polskim prawie. Mógł tego dowiedzieć się każdy kto sięgnął do rezolucji Parlamentu Europejskiego z listopada 2010, oto fragment: „podkreśla, że ACTA nie zmieni dorobku prawnego UE w zakresie egzekwowania praw własności intelektualnej, ponieważ przepisy prawne UE są już znacznie bardziej zaawansowane niż obecne normy międzynarodowe, a zatem umowa stanowi okazję do wymiany najlepszych praktyk i wytycznych w tej dziedzinie”. Tak, bo to spór o model biznesowy jaki będzie dominował w przyszłości w erze cyfrowej. To preludium dyskusji, która będzie się nasilać. O to czy będziemy poszerzać pole społecznego przyzwolenia dla piractwa i kradzieży własności intelektualnej przez Internet czy raczej odwrócimy ten trend. Czy będziemy zgodnie z prawem ścigać piractwo czy dalej przymykać oko? Czy przyszłym modelem biznesowym będzie udostępnianie wszystkiego za darmo w sieci czy raczej sprzedawanie dostępu do poszczególnych produktów czyli gospodarka wolnorynkowa? Czy ważniejszy w grze rynkowej stanie się serwer z treścią czy twórca? Jak pogodzić interesy twórców i użytkowników sieci? Czy państwo zgodzi się na ustawowe wprowadzenie tzw. otwartych zasobów publicznych (obowiązkowe udostępnianie w Internecie wszystkich zasobów intelektualnych, które zostały wytworzone przy udziale pieniędzy publicznych), co może mieć bardzo negatywne skutki dla całego sektora kultury i nauki w Polsce. Echa dyskusji o ACTA na pewno nie ucichną.

Photo by capn madd matt, licensed under a Creative Commons BY-NC-ND license.

Czytaj również
  • stefan

    Na temat ACTA wypowiedział się chociażby A. Smolar – stop propagandy sianej przez młodzieżówkę UW – dość PP w oderwaniu od rzeczywistości. Liberalizm nie polega na kontrolo obywateli – Błażej – na jakim świecie ty żyjesz? To ty przewodzisz PP? To PP = młodzieżówka totalitarna labo conajmniej socjalistyczna?

  • Łukasz

    problem jak zwykle tkwi w szczegółach, a tych najczęściej w ACTA brakuje, w związku z czym może to prowadzić do pewnych nadinterpretacji i nadużyć. Warto przeczytać chociażby wpis dotyczący ACTA na blogu pana Roberta Gwiazdowskiego (dr hab. nauk prawnych) – polecam wygooglować ;)

    Pozdrawiam

  • xxx

    Tak, popieram, że dużo osób nawet nie ma pojęcia o co chodzi w ACTA, ale poddają się takim hasłom jak „wolność słowa” itp. Ja sam zbyt nie wiem co i jak.

    Nie podobają mi się tylko dwie kwestię w tej całej aferze. To, że rząd coś ukrywa przed swoimi ludźmi/obywatelami.

    A druga sprawa to taka, że… ACTA opierając się na mocnym modelu patentowym, jeszcze bardziej ograniczy kreatywność i wzmoże monopol. Ludzie mają tendencję opatentowania wszystkiego co się tylko da, aby tylko zarobić. A jeśli opatentują chleb ze smalcem?! To co wtedy? To jest właśnie duże zagrożenie ze strony ACTA. Bo na pewno duże korporacje jeszcze bardziej będą wykorzystywać te mechanizmy.

    Kreatywność ludzka polega często na tym, że łączy się dwie lub więcej rzeczy które już zostały wymyślone. Człowiek zbyt nie jest w stanie wymyślić czegoś z niczego, jego ograniczenia umysłowe mu na to nie pozwalają. Dlatego tak ważna dla naszej cywilizacji jest np. „prawo cytatu” w dowolnej postaci.

    Dlatego dla dobra rozwoju cywilizacji, uważam, że do sprawy ACTA trzeba podejść w inny sposób, bo nie sztuką jest wprowadzić bardziej restrykcyjne ograniczenia i system karania, ale znaleźć złoty środek.

    Poza tym fakt, że inwigilacja już działa, nie znaczy, że kolejne zapisy w tym temacie mamy przyjmować z otwartymi rękami? Bo jeśli władza zobaczy, że jesteśmy coraz bardziej podatni na wciskanie nam różnych ograniczeń, to zaczną wchodzić nam jeszcze bardziej na głowę.

    Dlatego też uważam, że ta śmieszna rewolucja, czy wypali, czy nie, pokaże władzy, że jeszcze nie mogą sobie tak do końca robić tego, na co przyjdzie im ochota. A nam pokaże, czy władza liczy się z naszym zdaniem, czy nie.

    A najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że znów chodzi o $$$$$$…

    …uroki cywilizacji :)

    A tak powiedzmy sobie szczerze… czy naprawdę biznes fonograficzny i filmowy biduje? Czy może chodzi o to, że powstaje coraz więcej „badziewia” który też wyciąga ręce po fundusze, przez co na jedną osobę/produkcję przypada jeszcze mniejsza część mamony.

    Ja zauważam wręcz coś innego… coraz więcej kolejek do kin, coraz więcej moich znajomych kupuje oryginalne płyty, coraz więcej z nich ma oryginalne windowsy i photoshopy?

    I mam paru znajomych którzy naprawdę nie mają kasy, żyją ledwo z miesiąca na miesiąc, więc ściągają muzykę i filmy z internetu.

    Można powiedzieć, że „nie stać cię, to nie dostaniesz” i byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że takie postępowanie sprzyja zepchnięciu na margines, bo nagle nie pogadasz ze znajomymi o filmie, na którym oni byli, czy o muzyce, której oni słuchają, czy o książce, na którą nie było Cię stać aby ją kupić.

    Czyli sprawa nie jest taka prosta i w dużej mierze zależy od punktu siedzenia, lub stanu portfela :)

  • Viator

    Analogia z kradzieza Porsche jest nietrafiona. Sciaganie tresci z internetu nalezaloby porownac do sytuacji, w ktorej ktos to Porsche najpierw kupil, a nastepnie stworzyl jego kopie, ktora mozna w prosty sposob powielac.
    W jednym i drugim przypadku producent traci _potencjalny_ zysk, ktorego mogloby nie byc nawet gdyby skopiowanie tego Porsche nie byloby mozliwe.
    Jestem przekonany, iz gdyby jakims magicznym sposobem sciaganie filmow z internetu przestaloby byc mozliwe, to wiekszosc ludzi po prostu przestalaby je ogladac, a nie zaczela masowo chodzic do kina lub kupowac na DVD.
    Zaby bylo jasne, wcale nie bronie procederu pirackiego. Chodzi mi tylko o to, zby nie poslugiwac sie demagogicznymi argumentami.

  • Sothoth

    Zgadzam się z przedmówcą. Kopiowanie plików można oceniać różnie, ale zrównywanie tego procederu z kradzieżą w sklepie to spore nadużycie. Pirat internetowy nie odbiera producentowi niczego realnie istniejącego, co najwyżej naraża go na trudną do oszacowania „stratę potencjalną”. Jak sobie z tym poradzić ? Problem jest nietrywialny, a zaprezentowane przez Autora w tym punkcie granie na emocjach go wcale nie upraszcza. I co się potem dziwić, że zamiast debaty mamy ideologiczną wojnę

  • A.

    Sothoth, nie do końca. Ktoś, kto kradnie zdjęcie mojego autorstwa i czerpie z tego zysk, jest po prostu złodziejem. Domyślam się, że nie jest to Twój chleb, dlatego tego nie rozumiesz. Argument, że „ja nie zbiednieję” jest mocno nietrafiony. Przez kradzież znaku drogowego państwo też nie zbiednieje a jednak jest to kradzież. I gdyby tak każdego okraść z 2 zł to również nikt nie zbiednieje ale dalej będzie to kradzieżą. I nagle kradnie w ten sposób połowa ludzkości.
    Idąc za potencjalnym zyskiem – mogę Ci porysować samochód, bo przecież nie przeszkodzi Ci to w jeździe. Potencjalnie samochód zostanie kupiony (jeśli zechcesz go sprzedać) niżej niż bez rys – ale nie wiadomo, prawda? Może trafić się ktoś, kto da za niego wartość rynkową albo wyżej, bo się nie zna. Potencjalnie możesz też nie chcieć go sprzedać wcale i wtedy nie ma problemu, bo nadal możesz nim jeździć. Zatem pozwólmy na bezprawne działanie osobom trzecim, bo ani w moim przypadku (kradzież mojego zdjęcia i upublicznienie go) ani w twoim (porysowanie samochodu) nie spowoduje, że na tym w określony sposób na 100% stracimy.
    To jest chybiona logika.

  • Viator

    A. zdaje sie, ze nikt nie kwestionuje tego, ze piractwo jest be, ale nie nazywajmy kradzieza czegos, co nia nie jest. Kradziez jest to zabor cudzej rzeczy, zdobywajac kopie Twojego zdjecia i czerpiac z tego zysk ja nie zabieram Ci tego zdjecia, Ty je dalej masz, co wiecej, mozesz w dalszym ciagu robic z nim co Ci sie zywnie podoba, chociazby rowniez czerpac zysk.
    Sam zreszta dajesz przyklad potwierdzajacy teze, iz piractwo nie rowna sie kradziez – porysowanie komus samochodu jest narazeniem go na straty, ale nie jest kradzieza, prawda?
    I jak najbardziej mozesz kogos pozwac za to porysowanie i jesli udowodnisz jego wine, a strata bedzie wystarczajaco duza, to nawet dostaniesz zadoscuczynienie, czyz nie?
    Wyobraz sobie nastepujaca sytuacje: ktos kopiuje Twoje zdjecie i zaczyna je sprzedawac/publikowac bez Twojej zgody itp. co sprawia, ze Ty jestes stratny, a przynajmniej jestes o tym przekonany. W efekcie tego procederu Twoje zdjecie trafia jednak do duzej grupy osob, byc moze nawet do wiekszej, niz by to mialo miesce w sytuacji, w ktorej dysponowalbys nim tylko Ty. Coraz wiecej ludzi zaczyna sie interesowac tym zdjeciem, poszukiwac jego autora. W pewnym momencie udaje sie ustalic go ustalic (a przyznasz, ze raczej jestes w stanie udowodnic, ze to Ty jestes autorem ktoregokolwiek z Twoich zdjec) i nafali popularnosci „wykradzionego” Tobie zdjecia zglaszaja sie do Ciebie setki chetnych chcacych kupic kolejne Twoje prace. Osiagasz zysk o jakim nawet nie marzyles.
    Skoro zatem uznasz, ze nalezy karac osoby, ktore kopiujac bez zezwolenia Twoje zdjecia narazaja Cie na straty, to co z przypadkiem, w ktorym te osoby robiac dokladnie to samo przysporzyly Ci zyskow? Ciezko zmierzyc ile z Twojego zysku to zasluga tego pirata? Owszem, podobnie jak ciezko zmierzyc Twoja strate z tego tytulu. W przypadku kradziezy sprawa jest jasna. Robisz bilans zasobow sprzed i po kradziezy i czarno na bialym wychodzi ile jestes na minusie, chocby to byla zlotowka, to bedzie to widac. W przypadku „piractwa” nie da sie tego zrobic. Nie da sie jasno okreslic czy na nielegalnym kopiowaniu Twoich prac straciles, czy moze zarobiles.
    Ponownie podkresle: nie bronie piractwa i nie uwazam, ze jest ono w porzadku. Apeluje tylko o nieposlugiwanie sie demagogicznymi argumentami.

  • Sothoth

    A.

    Nie chodzi przecież o to czy ktoś zbiednieje czy nie (kradzież nawet 1gr pozostaje przecież kradzieżą !), chodzi o różnicę pomiędzy skopiowaniem a odebraniem właścicielowi czegoś. Nie przeczę, że piractwo może być rzeczą naganną – ale jednak nie polega ono ani na kradzieży, ani na uszkodzeniu czyjegoś mienia. Na tej samej zasadzie np. kradzież nie jest tym samym co morderstwo, i dlatego nie sądzimy kieszonkowców z paragrafu za pozbawienie kogoś życia – chociaż uważamy ich za przestępców tak samo jak morderców. Po prostu ich przestępstwo polega na czymś innym, i jego szkodliwość społeczna też jest inna.

    Poza tym, czy kopiowanie plików i udostępnianie ich w sieci nie przypomina bardziej działalności bibliotek publicznych niż złodziei samochodów ? Biblioteka też kupuje legalną kopię książki, by potem udostępniać ją za darmo czytelnikom.

  • Jan

    Błażej, to nie jest prawda, że ACTA nic nie zmienia.

    PE nie takie bzdury pisał. Pomijam to, ze przepisy dyrektywy o egzekwowaniu IP Rights sa do niczego. Jednak egzekwowanie to tylko jeden z tematow IP. Przepisy dzielimy na materialne i proceduralne. Egzekucja to tylko mala czesc procedury. To tak w skrocie.

  • http://deliberandum.wordpress.com Forpoczty

    wreszcie jakiś głos rozsądku! sam próbowałem chociaż delikatnie zasugerować czytelnikom swojego bloga, że walka z piractwem jest słuszna i pożądana, ale przyznam, że brakowało mi wiedzy, żeby dyskutować o samej acie
    http://deliberandum.wordpress.com/2012/01/23/odezwa-do-piratow-od-piratow/