Shooting dogs

Drukuj

Kanał filmowy „Ale Kino” niedawno przypomniał poruszający obraz wojny w Rwandzie filmem „Shooting Dogs” Michaela Catona-Jonesa z roku 2005. Pamiętacie Waszą wściekłość i niezrozumienie paradoksalnego rozporządzenia Organizacji Nardów Zjednoczonych zezwalającego swoim żołnierzom strzelać do psów, ale zabraniającego otwierania ognia do agresorów, jeśli oni pierwsi nie zakatują? ONZ bezczynnie przyglądało się sytuacji gdzie Hutu maczetami wyżynali w pień swoich sąsiadów Tutsi: cywilów, kobiety, dzieci. Nieprawdopodobne okrucieństwo wydarzeń w Rwandzie sprzed niespełna 20 lat oraz brak reakcji społeczności międzynarodowej na te wydarzenia przeraża tym bardziej, im więcej o tym czytamy i oglądamy. Polecam w tym kontekście lekturę: „Nagości życia” – Jean Hatzfeld-a oraz „Dzisiaj narysujemy śmierć” – Wojciecha Tochmana, obie książki wydane przez Wydawnictwo Czarne.

Rzeź w Syrii rozpoczęła się w marcu 2011 roku, trwa ponad dwa lata. Szacuje się, że pochłonęła ponad 120.000 ofiar – prawdziwych liczb nie zna zapewne nikt. Miliony uchodźców, tysiące ofiar tortur, bezwzględna pacyfikacja ludności cywilnej, potworne bombardowania miast, ludobójstwo (nie będę analizował definicji) na niewyobrażalną w XXI wieku skalę. Gdzie? Tuż obok, na obrzeżach Europy, nad Morzem Śródziemnym. Kiedy? Teraz – w momencie, kiedy wychodziłeś dwa tygodnie temu z pracy, albo jechałeś wypocząć na Hel. Efekt? Reakcja świata? De facto: żadna.

Zachód po trudnych doświadczeniach konfliktu w Iraku czy Afganistanie, kompromitacji amerykańskiej doktryny rozszerzania demokracji i w obliczu obiektywnego kryzysu finansowego stał się, ku radości wszystkich „pacyfistów”, do bólu „racjonalny”. Czy zachodni przywódcy i liderzy opinii nie mają racji, czy ich argumenty są pozbawione wagi? Pewnie, że mają rację! Kiedy Barack Obama mówi, że w swoich działaniach musi kierować się przede wszystkim interesem swojego kraju, że działania militarne jak pokazuje doświadczenie przynoszą niejednoznaczne rezultaty, ma przecież rację. Takiego prezydenta w Waszyngtonie przecież, po „szaleństwach” Busha chciała opina publiczna i w Stanach i w Europie. Rację mają Ci, którzy mówią, ze Zachodu nie stać na interwencje wojskową. Rację miała również Emma Bonino, była członkini Komisji Europejskiej, z którą przeprowadzałem wywiad ponad rok temu, która podkreślała, że sytuacja geopolityczna w Syrii z racji na stanowisko Rosji i Chin jest nie do rozwiązania. Rację ma Rosja, która przecież z racjonalnego geopolitycznego i militarnego punktu widzenia potrzebuje dostępu do portu w Tartusie, a upadek Assada może ją tego pozbawić. Rację mają Ci, którzy podkreślają, że w tym konflikcie nie ma strony pozytywnej i negatywnej. Skonfliktowani wewnętrznie i równie okrutni powstańcy mają twarz zapewne równie paskudną jak to, co prezentuje reżim Alawitów. Świat ma całe mnóstwo obiektywnych usprawiedliwień, aby nie czynić nic… Dlatego zapewne dalej miesiącami będą mordowane kolejne dzieci i kobiety, w gruzy obracane będą kolejne starożytne miasta, a społeczność międzynarodowa ograniczy się do podsyłania jednej lub drugiej stronie konfliktu „kilku ton broni”.

Dość nieszczęśliwe usprawiedliwienie wymyślił sobie prezydent Obama, który zapowiedział rok temu, że użycie broni chemicznej przez reżim Bashara al-Asada, będzie przekroczeniem cienkiej czerwonej linii, po której nastąpi interwencja. Bardzo dobrze brzmiące alibi dla międzynarodowej opinii publicznej. Nikt chyba w administracji USA nie przypuszczał, że Asad może to rzeczywiście uczynić. Jak z tego problemu wybrnie Obama? Jeśli nie uczyni nic, pokaże całemu światu jak słaba jest dziś Ameryka, a jego słowa mało znaczące. Jeśli doprowadzi do interwencji, sprzeniewierzy się doktrynie w polityce zagranicznej, dzięki której m.in. dwa razy wygrał wybory…

Jednocześnie zadziwia nieprawdopodobna hipokryzja tego oświadczenia Obamy w sprawie broni chemicznej, które przeszło faktycznie bez echa. Zarzynanie ludzi jak w Rwandzie, rakietowy ostrzał, bombardowanie cywilnych centrów miast, snajperzy strzelający do dzieci, tortury jak za czasów średniowiecza, eksterminacja całych wsi z powodów etnicznych – to wszystko było do zaakceptowania. Dopiero broń chemiczna jest przekroczeniem czerwonej linii. Ta hipokryzja przeraża. Prosta, podstawowa reakcja na zło – przestaje obowiązywać. Dominuje specyficznie rozumiany „racjonalizm”. Z resztą wszędzie, w Polsce też coraz modniejsze są dyskusje rodem z książki „Pakt Ribbentrop-Beck” z książki Zychowicza. Czy istnieją jeszcze granice amoralnej „Realpolitik”?

Wszystkie te usprawiedliwienia nie powinny mieć miejsca po doświadczeniach wydarzeń w Rwandzie czy Jugosławii. Po publikacji tego tekstu zostanę zapewne obwołany nieracjonalnym awanturnikiem, który apeluje do Zachodu o uczestnictwo konflikcie, który „przecież nas nie dotyczy”. Mam jednak wrażenie sprawa praw człowieka dotyczy wszystkich. Ale wiem, że łatwiej będzie sfinansować za 10 lat kolejny „Shooting Dogs”, obsypać go nagrodami i czuć, że misja zachodniego intelektualisty została wypełniona.

Czytaj również